![]() |
Milena Śliwak - Recenzje |
Recenzja płyty Stacey Kent - „Breakfast on the Morning Tram” Jedni mówią, że jest genialna, inni zaś, że jej „ miauczenie wpędza w depresję” i że mamy inne świetne wokalistki. Stacey Kent, bo o niej mowa, z początkiem października 2007r., oddała nam swoją nową płytę, wydaną przez wytwórnię Blue Note Records, jako płytowy paryski debiut, o który zabiegała od 2003 r., kiedy to ukazał się, nagrodzony Złotą Płytą, album „The Boy Next Door”, na którym znalazły się dwie piosenki, śpiewane przez artystkę. Producentem „ Breakfast On The Morning Tram”, jest mąż Stacey, brytyjski saksofonista, Jim Tomlinson ( notabene: muzyk, którego ostatni album „The Lyric”, z gościnnym udziałem Stacey, otrzymał miano Najlepszego Albumu, przyznane przez BBC Jazz Awards). Na płytę składają się autorskie piosenki wokalistki, napisane we współpracy z mężem piosenkarki i laureatem nagrody Bookera &Whitbread, Kazuo Ishiguro oraz piosenki francuskie, autorstwa Serge’a Gainsbourga. Stacey, przesiąknięta repertuarem romantycznych standardów, które śpiewa od początku swojej kariery i które zaprezentowała w swoich dwunastu poprzednich albumach płytowych, ceni także ojczystą, amerykańską muzykę country i folk - stąd w albumie znalazła się piosenka „Landslide”, napisana przez Stevie Nicksa, z Fleetwood Mac w Aspen, w stanie Colorado. Nie brakuje także piosenek, utrzymanych w stylu ballady jazzowej, takich jak „Never Let Me Go”, „So Romantic” oraz nastrojowych utworów w kołyszącym rytmie bossa- novy, z repertuaru niezwykle popularnego w Ameryce Południowej zespołu Sergio Mendesa ( utwór „So Many Stars”), oraz utworów: „Ice Hotel” i „I Wish I Could Go Travelling Again”. Na płycie nie brakuje też innych wpływów: jest musicalowy przebój „Hard Hearted Hannah,” która stylem, melodyką i aranżacją bardzo przypomina dowcipną i nieco pikantną w treści piosenkę Marilyn Monroe „ I’m Gonna File My Claim” z filmu „Rzeka bez powrotu” ( River of No Return), oraz standard Louisa Armstronga „What a Wonderful World”. Album ten najbardziej ożywia jednak przeplatanie kolejnych utworów anglojęzycznych utworami, w których piosenkarka może pochwalić się swoją znajomością języka francuskiego, czyli w piosenkach „Ces Petit Riens’ ( Takie małe nic), ’’La Saison des Pluies”, a zwłaszcza w najbardziej „energetycznym” utworze na płycie, którym jest „Samba Saravah”. Piosenki „ Landslide” i ” So Many Stars” śpiewane przez Stacey bardzo przypominają pod względem wokalnym styl Petuli Clark, choć większość utrzymana jest w jednorodnym brzmieniowo i interpretacyjnie stylu południowoamerykańskich wykonawczyń bossa – novy i ich naśladowczyń francuskich, które preferują kołysankowy, szeptany do ucha, styl wykonawczy. Szkoda tylko, że artystka, lansująca się jako jazzmenka, cały ciężar improwizacji powierzyła wyłącznie instrumentalistom, akompaniującym jej na płycie. O jej przynależności do tej rzeszy znakomitości jazzowych nie może świadczyć przecież - jedynie zauważalne na tej płycie wyróżnienie interpretacyjne, które artystka zastosowała w utworach o charakterze ballady jazzowej w... postaci dodania jedynie lekkiej wibracji głosu... (w porównaniu do interpretacji wokalnej pozostałych utworów , które wykonuje bez wibracji). To - nomen omen – trzynasta płyta tej artystki, a ja daleka jestem od czołobitności wobec wszystkich zagranicznych produkcji. Do tej pory, wśród liczących się opinii, ukazała się w „Jazz Forum” i na stronie internetowej diapazon.pl - jedynie recenzja Marka Gaszyńskiego, gloryfikująca tę wykonawczynię. Niestety, oprócz uogólnień w rodzaju: Stacey śpiewa tak prosto, że już bardziej nie można (...), tak bardzo delikatna, ze już nie można być delikatniejszym (...), a piosenka w jej wykonaniu jest tak bardzo francuska, że nawet gdyby śpiewała po rosyjsku, to wiadomo byłoby, że powstała w Paryżu (...) – brak jest szczegółowych a ważnych, jak sądzę, informacji na temat zespołu akompaniującego. Lakoniczne zdanie, że akompaniament jest tak skromny, że bardziej skromniej nie można; coś tam puknie, coś zastuka, coś brzdąknie – to stanowczo krzywdząca opinia. A szkoda, bo jest o czym mówić! Rewelacyjnie brzmiąca sekcja rytmiczna z Grahamem Harveyem przy fortepianie i Fender Rhodes, Dave Chamberlainem – na kontrabasie i Mattem Skeltonem, obsługującym instrumenty perkusyjne oraz wspaniale towarzyszącym im na gitarze Johnem Parriallim i wreszcie Jimem Tomlinsonem na saksofonach: sopranowym, altowym i tenorowym, a także flecie - to zespół instrumentalistów wspaniale zgranych ze sobą, którzy tworzą istotny klimat całej płyty! Ze szczególnym uznaniem można stwierdzić, że „bawią się” wspólnym muzykowaniem. Sprzyjają temu przemyślane aranżacje instrumentalne Jima Tomlinsona oraz świetna praca nagłośnieniowa realizatora dźwięku, Curtisa Schwartza, pozwalająca selektywnie wyodrębnić nie tylko każdy instrument, ale także niuanse dynamiczne i walory brzmieniowe instrumentów. Należą się za to brawa dla fachowej pracy tego twórcy z wytwórni Blue Note Records. I tylko jedno przeszkadza: głos wokalistki. Czułoby się ulgę, gdyby zespół instrumentalny nagrał tę płytę sam. Jak na wokalistkę, która w 2001 r. otrzymała nagrodę British Jazz Award, a rok później – statuetkę BBC Jazz Award w kategorii The Best Vocalist – w najnowszym albumie odstaje, na swoją niekorzyść, od zespołu akompaniującego. Tę różnicę czuje się od razu. To za mało, by śpiewanie „prostym” głosem miało zapewnić odpowiedni nastrój płyty, tym bardziej, że głos ten brzmi monotonnie od pierwszego do dwunastego utworu płyty! Trudno dłużej, niż w jednej piosence, znieść ten infantylny, kiepsko emisyjnie naśladujący głos Astrud Gilberto ( charyzmatycznej wykonawczyni bossa - novy), lub głos w stylu Françoise Hardy, w „szeptanych” piosenkach francuskich, jak chociażby te, z filmu Claude Leloucha „Un Homme et une Femme” ( Kobieta i mężczyzna).W wykonaniu Stacey Kent – ani to oryginał, ani pastisz; po prostu: męczące jest słuchanie tego samego timbre głosu. Piosenkarka na domiar złego robi to serio, ale brak jej warunków głosowych i aktorskich, by podźwignąć te trudne zadanie, by dorównać zespołowi akompaniującemu, który niepotrzebne pozostał na tej płycie w tle, ze świetnymi solówkami instrumentalistów. Piosenkarka zatraca także możliwość emocjonalno-poetycko–aktorskiej interpretacji tekstów, które napisał Kazuo Ishiguro, brytyjski twórca, japońskiego pochodzenia czy piękno francuskich piosenek Serge’a Gainsbourga. Stacey Kent – obojętne co śpiewa – śpiewa tak samo. Identycznie wokalnie brzmi bossa – nova, ballada jazzowa czy standard. Śpiewa tak samo, jakby nie licząc się z gatunkiem czy stylem utworu... Jedyny standard na płycie, uwieczniony przez Louis Armstronga „What a Wonderful World” – lepiej żeby pozostał nam w uszach jedynie w brzmieniu tego nieodżałowanego wykonawcy... Dyskografia: “Breakfast on the Morning Tram” Nagrania dokonano w Curtis Schwartz Studios - Anglia Nagranie: marzec – kwiecień 2007; Wydanie płyty: październik 2007; Realizacja dźwiękowa, miksowanie i mastering: Curtis Schwartz Producent: Jim Tomlinson dla: Token Productions i paryskiego oddziału Blue Note Records |
|
|
![]() ![]() ![]() |